GO OUT 'N PLAY

two drifters off to see the world

LUANG NAMTHA – ROWERY, KAJAKI I NOC W DŻUNGLI

Granicę przekroczyliśmy drogą lądową, pierwszą osobą w Laosie z jaką się spotkaliśmy był kierowca, który miał nas zabrać na dworzec autobusowy. Był na nas bardzo zły, ponieważ zabrakło nam jakichś groszy, żeby zapłacić za przejazd, a w okolicy nie było bankomatu. Targowanie się na nic się zdało, kierowca był na nas tylko coraz bardziej wkurzony. W jego mini busiku czekali już inni turyści i atmosfera była już mocno podenerwowana. W końcu udało nam się przekonać go, że nie mamy więcej pieniędzy i wpuścił nas do swojego pojazdu.

Na dworcu autobusowym okazało się, że bilety do Luang Namtha na dziś zostały już wyprzedane, ale jeśli chcemy, to możemy kupić bilet na dodatkowe siedzenie drugiej klasy. Nie zastanawiając się długo, co to oznacza, wzięliśmy co było i poszliśmy na przystanek. Po wejściu do busa, chwilę rozglądaliśmy się, gdzie są te dodatkowe siedzenia. Bus był wypchany po brzegi a my staliśmy w przejściu. W końcu przyszedł do nas kierowca i wręczył nam po malutkim plastikowym krzesełku, takim podobnym, na którym siadają dzieci w przedszkolu. Widok naszych min – bezcenny.

PicMonkey-Collage1.jpg

DSC06087

Po godzinie jazdy przestaliśmy się uśmiechać. Najgorsze w tej podróży było to, że krzesełko cały czas się ruszało, na drodze było mnóstwo ostrych zakrętów, autobus cały czas przyspieszał i hamował, a my odczuwaliśmy to wszystko doskonale przesuwając się w tą i z powrotem. W połowie drogi zatrzymaliśmy się na drodze, ponieważ zagrzały nam się hamulce. Panowie kierowcy nie wyglądali na zaskoczonych, najwyraźniej jest to zwyczajny punkt wpisany w czas podróży.

Była już ciemna noc, gdy dojechaliśmy na miejsce. Jako jedyni wysiedliśmy z busa na terminalu autobusowym pośrodku niczego. Do centrum miasta było jeszcze kilka kilometrów. Na przystanku stała tylko jedna zagubiona taksówka. Droga do centrum wiodła przez ciemne ulice i od razu pojawiły się w zmęczonych głowach myśli, czy to na pewno jest prawdziwy tuk tuk, a nie jakiś złoczyńca. Na szczęście dojechaliśmy bezpiecznie do naszego hotelu i totalnie wyczerpani padliśmy do łóżka.

Luang Namtha, to malutka miejscowość, która znajduje się na skraju rezerwatu Nam Ha National Protected Area. Jest to świetna baza wypadowa, by spędzić aktywnie czas, zrobić trekking po dżungli lub pływać kajakiem po rzece. Gdy już naładowaliśmy baterie, wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy na rowerach. Pierwszy raz spotkaliśmy się z takimi szerokimi uśmiechami dzieciaków, które mijaliśmy. Machały do nas i na całe gardło krzyczały “Hello!”. Przejeżdżaliśmy bocznymi dróżkami przez wioski, pola i łąki zachwyceni pięknymi widokami.

DSC06099

DSC06104

DSC06128

DSC06135

DSC06138

DSC06233

DSC06143

DSC06181

DSC06189

DSC06204

W pewnym momencie dojechaliśmy do rzeczki, na której zbudowany był bambusowy most. W ciągu 10 minut rozegrała się tu scena, której przyglądałam się z zaciekawieniem i rozbawieniem. Najpierw pewna pani chciała przejść przez mostek pchając skuter i wioząc na swoich ramionach dwa wielkie kosze, niestety jej skuter utknął, a ona nie bardzo potrafiła sobie z nim poradzić. Grzesio ruszył by jej pomóc, w tym czasie z krzaków wyskoczyły trzy dziewczynki rybaczki, rozejrzały się wokół, wzruszyły ramionami i znów bezszelestnie zniknęły w gąszczu. Na drugim brzegu czekało kilku chłopaków, gdy pani ze skuterkiem szczęśliwie wsiadła na swój pojazd i odjechała, chłopcy weszli na mostek, rozebrali się do rosołu i wskoczyli do rzeki. Teraz przyszła kolej na sforę psów, w imię zasady w kupie raźniej, razem przeszły na drugą stronę. Na samym końcu i my skorzystaliśmy z tego cudu architektury laoskiej i pojechaliśmy dalej.

DSC06164

DSC06168

DSC06177

DSC06172

Następne dwa dni zapowiadały się ekscytująco. Zapisaliśmy się na wycieczkę do parku narodowego, czekał nas spływ rzeką i trekking po dżungli. Oprócz nas, było jeszcze czworo uczestników wycieczki, grupka znajomych ze Słowacji. Rano o 10 siedzieliśmy już wszyscy w kajakach. Szybko zauważyliśmy, że pływanie po rzece nie jest wcale takie proste, prądy działały na nas tak, że ciągle kręciliśmy się w kółko i non stop trzeba było mocno machać, by kontrolować sytuację. W niektórych miejscach nasze kajakowanie przypominało rafting. Prąd był tak mocny, że dwóch Słowaków wywróciło swój kajak do góry nogami i wypadło do wody. My też mieliśmy mokre przygody. Najpierw utknęliśmy na kamieniu i nie mogliśmy się ruszyć w żądną stronę, a potem przyłożyliśmy tak mocno, że Grześ w jednej sekundzie znalazł się za burtą.

DSC06239

DSC06267

DSC06282

DSC06269

DSC06286

Na wieczór dopłynęliśmy do wioski, znajdującej się w samym środku lasu. Ludzie, którzy tam żyją nie mają bieżącej wody, rzeka przy której mieszkają jest więc bardzo ważną częścią ich życia. Obok ich domów mają małe poletka, na których rosną warzywa i owoce, które potem sami konsumują. Zajmują się też wyplataniem koszy, kobiety tkają materiały i szyją z nich swoje stroje, przede wszystkim długie, za kolano spódnice. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, grupa mężczyzn siedziała w kółku i skręcała małe strzały, które służą im do polowań. W samym rezerwacie jest zakaz polowania na zwierzęta, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Podczas trekkingu przez las znaleźliśmy dwie łuski od nabojów. Ludzie zajmują się też zbieraniem różnych ziół, roślin i grzybów z lasu lub wyławianiem wodorostów z rzeki, które potem sprzedaje się do miasta. Żeby wykąpać się w rzece, kobiety wchodzą do wody w całej sukni, namydlają się w wodzie, potem szorują się cały czas zakrywając się długą spódnicą, po czym zanurzają się całe, by wypłukać mydło. Zdecydowanie nie wypada pokazywać się w stroju kąpielowym – przetestowane na własnej skórze. Gdy wyszliśmy z kajaków, nawet dzieci patrzyły na nas dziwnie. Przewodnik polecił mi i dziewczynie ze Słowacji zakryć dolne części swojego ciała przynajmniej do kolan.

DSC06295

DSC06254

DSC06350

DSC06301

DSC06396

Gdy już ogarnęliśmy się nieco i przebraliśmy w suche ciuchy, zasiedliśmy do wieczerzy przygotowanej przez mieszkańców wsi. O godzinie 19 było zupełnie ciemno, przy świeczkach posiedzieliśmy jeszcze godzinę i z braku zajęć poszliśmy spać. Nie tak łatwo jest zasnąć na podłodze w bambusowej chatce, z której słychać każdy szmer na zewnątrz, w ścianach i podłodze są wszędzie szpary i różne mniejsze żyjątka mogą sobie wpełznąć w każdej chwili. Leżeliśmy tak wsłuchując się w noc i czkając na sen kilka ładnych godzin. Budziliśmy się później wielokrotnie, zapalaliśmy latarkę i sprawdzaliśmy, czy przypadkiem nie ma koło nas nieproszonych gości.

DSC06302

DSC06303

DSC06327

DSC06322

DSC06331

DSC06334

DSC06338

DSC06345

DSC06348

O świcie obudził nas kogut, który zaczaił się pod naszym domkiem i piał ile miał sił w gardle. Zwlekliśmy się z posłania, wypiliśmy herbatę ugotowaną na ognisku, zjedliśmy trochę zimnego ryżu i wyruszyliśmy na trekking przez dżunglę. Już na samym początku spociliśmy się jak szczury, bo okazało się, że musimy wspiąć się na śliską ścianę porośniętą drzewami i krzakami. Potem było trochę łatwiej, lecz też napotykaliśmy różne przeszkody, drzewo obalone na trasie, rożne krzaki i gałęzie przysłaniające ścieżkę. Z przodu szedł nasz przewodnik z maczetą i wymachiwał nią przez cały czas, by ułatwić nam drogę.

DSC06365

DSC06366

DSC06370

DSC06379

DSC06382

DSC06390

DSC06375

Obiad zjedliśmy na liściach bananowca, posileni zimnym ryżem z fasolką ruszyliśmy w drogę powrotną. Wieczorem czekał nas jeszcze nocny bus do dawnej stolicy Laosu, Luang Prabang.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on March 27, 2015 by in Laos and tagged , , , .

Gdzie aktualnie jesteśmy?