GO OUT 'N PLAY

two drifters off to see the world

GOOD MORNING VIETNAM!

Z wizą do Wietnamu jest mały problem, nie można otrzymać jej na granicy poruszając się drogą lądową. Trzeba się wcześniej wybrać do konsulatu i tam poczekać na wyrobienie dokumentu. Przemieszczając się drogą lotniczą jest o wiele łatwiej, trzeba mieć tylko promesę, o którą aplikuje się online i następnego dnia można już lecieć do wybranego miasta w Wietnamie, na miejscu bez problemu wlepiają nam wizę. W Luang Prabang jest malutkie lotnisko, na którym nic nie ma oprócz sklepiku z pamiątkami i jednej budki, w której pani sprzedaje kanapki z serem i gorącą herbatę. Była 7 rano, gdy trochę pokłóceni spożywaliśmy w ciszy nasze kanapki i czekaliśmy na wylot. Każdy zanurzył się w swoim ebooku i po kilku godzinach znaleźliśmy się w stolicy Wietnamu. Od czasu gdy Top Gear wypuścił znany świąteczny odcinek o przedostaniu się z południa na północ  (zrobili coś, czego nigdy nie udało się Amerykanom) na motocyklach, mnóstwo turystów chciało tak samo jak oni, przejechać się tą samą drogą, wybrzeżem z Sajgonu do Hanoi. W związku z tym, że turyści najwyraźniej okazali się niedoświadczeni w poruszaniu się w tutejszym ruchu drogowym i wielu obcokrajowców ginęło na drogach, władze postanowiły utrudnić tę atrakcję i zniechęcić wycieczkowiczów wprowadzając konieczność posiadania wietnamskiego prawa jazdy. Grzesia to oczywiście nie zniechęciło, było to jego marzenie, by przejechać się motocyklem przez Hai Van Pass, przemierzać wietnamskie pola i wioski niczym Jeremy Clarkson w Top Gearze. Sprawdził przeróżne fora internetowe, znalazł adres jakiegoś urzędu i postanowił wybrać się tam, by powalczyć o tutejsze prawo jazdy. Ja odsypiałam w hotelu, gdy Grzesio próbował rozwikłać wietnamską biurokrację. Nikt oczywiście nie rozmawiał po angielsku, więc tym trudniej było mu dowiedzieć się, gdzie należy złożyć odpowiednie dokumenty. Gdy już spytał wszystkich i nawet udało mu się zostawić w jakimś wskazanym okienku swoje podanie wraz z zdjęciem, postanowił zapytać panią urzędniczkę, czy w okolicy można zjeść coś pożywnego.

– Do you know if there is any restaurant around here?

– No, No.

– Food, place where I can eat?

–  …………..

– Any restaurant, you know, something to eat?

– No sorry, I cannot go to restaurant with you.

I takim sposobem Grzesio dostał kosza od wietnamskiej pani urzędnik.

Następnego dnia wybraliśmy się na spacer, choć w Hanoi ciężko w ogóle jest spacerować, ponieważ non stop trzeba uważać na skutery, które znajdują się dosłownie wszędzie. Chodnik właściwie nie istnieje, bo przestrzeń wykorzystana jest na parking albo na małe knajpki z plastikowymi krzesełkami sprzedające zupę pho i sajgonki. Trzeba wciąż uważać, przeskakiwać pomiędzy skuterami, przejście na drugą stronę ulicy jest nie lada wyzwaniem dla początkującego. Nikt nie zatrzymuje się na światłach, sygnalizacja posiada tu najwyraźniej tylko funkcję ozdobną. Piesi wchodzą na ulicę i liczą na to, że nadjeżdżający pojazd zdąży wyhamować albo ich wyminąć. Nie ma sensu też stać i czekać, aż w końcu zrobi się jakaś przerwa pomiędzy falą skuterów i samochodów. Pojazdy non stop płyną przez miasto. Oprócz tego trzeba wspomnieć tu o tym, że po godzinie “spacerowania” nachodzi nas okropny ból głowy, spowodowany niesamowitym hałasem. Wszyscy tu trąbią wściekle przez cały czas, tak jakby rozgrywali między sobą konkurs, kto dłużej i kto głośniej.

Dochodzimy w końcu do Ho Chi Minh placu. Tu na szczęście teren wydzielony tylko dla pieszych. Ogromna powierzchnia, wszędzie jakieś dziwne hasła na czerwonym tle, flagi z sierpem i młotem, tuż obok wielkie muzeum i mauzoleum, w którym znajdują się zabalsamowane zwłoki komunistycznego przywódcy. Czytamy w przewodniku, że kontrola przy wejściu przypomina tę na lotnisku. Trzeba dać się prześwietlić i do tego zostawić wszystkie rzeczy przy wejściu. Absolutnie nie wolno fotografować, ani też filmować zmarłego Ho Chi Minha. Odpuszczamy i idziemy dalej. Przechodzimy koło muru, przy którym w rzędzie siedzi kilku mężczyzn, każdy ma na murku zawieszone lusterko i zestaw żyletek. Proponują Grzesiowi golenie, ale on kręci przecząco głową. Przechodzimy i błąkamy się wąskimi uliczkami, wszędzie niebo przysłaniają nam kable, zwisają zewsząd, poplątane i pourywane. Właściwie nie wiemy dlaczego ich jest tak dużo, bo najwyraźniej w Wietnamie prąd mają tu niezwykle organiczny, po prostu rośnie na drzewach 🙂

DSC06763

DSC06828

DSC06850

DSC06829

DSC06769

Wiedzieliśmy o tym bardzo dobrze, że Wietnam to kraj podróbek, ale gdy mijamy małą gablotkę ze starymi zegarkami vintage takich marek jak Rolex, Patek czy Omega, to sami zastanawiamy się, czy to przypadkiem nie są oryginały. Przyglądamy się i poważnie rozpatrujemy ich autentyczność. Wyglądają tak samo jak te od szwajcarskich zegarmistrzów. Pytamy o ich cenę i szybko odzyskujemy zdrowy rozsądek. No way, że to nie podróbki. Wśród turystów cieszą się popularnością plakaty z hasłami propagandowymi z czasów wojny w Wietnamie. Do wyboru, do koloru, wybór jest przeogromny. Białasy kupują dla funu plakaty z hasłami pod tytułem: “Nixon to morderca” czy też “Każdy jest żołnierzem” albo “Gdy nasz wódz mówi, że wygramy wojnę to tak się stanie”. Mam duży problem, żeby to zrozumieć. Można krytykować udział Amerykanów w tej wojnie, ale żeby od razu kupować i wieszać sobie coś takiego w domu? Możliwe, że jest to zwykła ignorancja na wydarzenia historyczne na świecie albo jest to dziwne postrzeganie tego co ładne i fajne.

DSC07633

DSC06750

DSC06756

DSC06865

DSC06874

DSC06884

Wchodzimy do parku, wokół nas ludzie uprawiają różne sporty, chłopaki grają w piłkę, mężczyźni rozgrywają mecz badmintona, starsze babcie gimnastykują się. Super klimat. Zapada zmrok, jesteśmy już zmęczeni więc rozglądamy się za jakąś taksówką. Podchodzi do nas starszy pan i proponuje nam rikszę. Wsiadamy, ale po chwili zastanawiamy się, czy na pewno był to dobry pomysł. Jedziemy bardzo powoli i zaczynam myśleć, czy nie pomóc jakoś starszemu panu nas pchać. Wszystkie skutery na nas trąbią, ale nasz kierowca się nie przejmuje i jedzie środkiem ulicy. Uff, udało się, jesteśmy przed hotelem. Zadowoleni szczerzymy się do pana dziękując za przejażdżkę, dziadunio odwzajemnia się szczerym, bezzębnym uśmiechem.

DSC06892

Kolejny dzień próbuję rozpocząć od kawy. Wchodzę do jednej z kafejek, proszę o filiżankę czarnej gorącej. Dostaję coś co dziwnie pachnie i jeszcze dziwniej smakuje. Wypijam łyk i więcej nie daję rady. Szukamy dalej. Kolejna kawiarnia – znów proszę o to samo. Tym razem przyglądam się procesowi przygotowania. Pani kelnerka bierze plastikową butelkę z jakimś dziwnym czarnym płynem, który okazuje się być esencją, wlewa trochę do filiżanki i zalewa gorącą wodą. Nie mam pojęcia z czego zrobiona jest ta substancja, ale z kawą to niewiele ma wspólnego. No trudno, dziś kawy nie będzie. Po tych nieudanych próbach idziemy zwiedzać Świątynię Literatury, Van Mieu z 1070 roku. Pełniła funkcję uczelni, która miała za zadanie kształcić urzędników państwowych zgodnie z zasadami konfucjanizmu. Jakaś grupa studentów właśnie zakończyła edukację, przebrani w togi jak w amerykańskich filmach mają sesję zdjęciową. Podskakują do góry, podrzucają czapki. Grzesia zagaduje dwójka z nich, chcą pogadać sobie po angielsku, żeby się podszkolić. Kończą właśnie swoje studia na farmacji i planują poszukać jakiejś pracy w aptece. Nigdy nie byli poza Wietnamem, nie stać ich na to, by podróżować. Najpierw muszą znaleźć zatrudnienie i zacząć zarabiać pieniądze. Dobry humor ich nie opuszcza, żartują i śmieją się z siebie na wzajem.

DSC06807

DSC06812

DSC06778

DSC06795

DSC06822

Na wieczór fundujemy sobie kolację w dobrej restauracji i koncert w operze. Budynek opery to jedna z niewielu współczesnych budowli w Hanoi, która zasługuje na podziw.

DSC07661

DSC07644

Wchodzimy do środka, znajdujemy swoje miejsca w malutkiej loży. Z programu dowiadujemy się, że pierwsza część to koncert wybranych utworów muzyki klasycznej, druga to balet – Jezioro Łabędzie. Wszystko to udało im się zmieścić w dwóch godzinach wraz z przerwą. Koncert bardzo nam się podobał, ale Jezioro Łabędzie przypominało raczej teaser do prawdziwego baletu. Baletnice pięknie podskakiwały, ale gdy tylko zdążyliśmy wczuwać się w klimat, przedstawienie się skończyło. Wieczór zaliczamy do udanych, idziemy na drinka i wracamy pieszo do hotelu.

DSC07673

DSC07682

2 comments on “GOOD MORNING VIETNAM!

  1. Ania
    April 7, 2015

    I co z Tą Grzesia przejażdżką? Udało się???
    Buziaki! :***

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

Gdzie aktualnie jesteśmy?