GO OUT 'N PLAY

two drifters off to see the world

CZARNA HMONG Z SAPY

– Có, kiedy nauczyłaś się tak dobrze mówić po angielsku?

– Dwa lata temu zaczęłam uczyć się pierwszych słówek.

– Chyba żartujesz. Musiałaś mieć super nauczyciela. W Sapie jest jakaś szkoła językowa?

– O nie, nauczyłam się sama, od turystów.

– Jak to od turystów, nigdy nie chodziłaś na żadne lekcje???

– Nie, od dwóch lat zajmuję się oprowadzaniem turystów po okolicy. Gdy zaczynałam nawet nie umiałam się przedstawić, ale potem to już jakoś  poszło. Ja się po prostu szybko uczę, choć nigdy do szkoły nie chodziłam. W mojej wiosce mówi się w języku Black Hmong, ale znam też język wietnamski. Umiem też trochę mówić po francusku i niemiecku. Wiesz, że motyl po niemiecku to “Schmetterling”? Bardzo śmieszne słowo.

– Czekaj czekaj, to ile czasu poświęcasz tygodniowo na naukę języka? I jak to nigdy nie chodziłaś do szkoły?

– Oprowadzam turystów dwa, trzy razy w tygodniu. Uwielbiam tę pracę. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, uczyć się od nich. W domu mam bardzo dużo pracy, gdy wracam z trekkingu, w domu czekają na mnie głodny mąż i dwóch synków. Trzeba nakarmić zwierzęta, mamy też pole, na którym uprawiamy ryż, dynię, kapustę, fasolę. Do szkoły nigdy nie chodziłam, bo nie było na to czasu. Nigdy nie nauczyłam się pisać ani czytać, choć bardzo bym chciała, ja się bardzo lubię uczyć.

Jest cholernie zimno. Siąpi deszcz. Có (wym. “Ka”) jak mała kozica przeskakuje z kamienia na kamień, pędzi przez ryżowe tarasy w swoim pięknym kolorowym stroju, który sama utkała i uszyła. Uśmiech nie schodzi z jej twarzy. Buzia jej się nie zamyka, mówi biegle po angielsku z minimalnym akcentem, co u Wietnamczyków jest bardzo rzadkie. Wystarczy zadać jej jedno pytanie i przez następne 15 minut odpowiada na nie wyczerpująco z niesamowitym zapałem. Pokazuje na małe świnki i mówi, że te urodziły się dopiero w zeszłym tygodniu. Tłumaczy, dlaczego za dużą kurą podążają małe kaczki. Okazuje się, że kura jest lepszą mamą niż kaczka, dlatego zabiera się kacze jaja i daje do wysiadywania kurze. Ta druga dużo lepiej opiekuje się swoim potomstwem. Pokazuje na czarną odmianę kur – mają czarne dzioby i czarne nóżki i trochę ciemniejsze mięso. Na pytanie, czy skorupka jajka też jest czarna, wybucha śmiechem. Dziś przy kolacji opowie pewnie mężowi dobry żart, że białasy myślały, że czarna kura znosi czarne jajka.

DSC07382

DSC07404

DSC07477

DSC07442

Có zna wiele odmian bambusa i tłumaczy w jaki sposób można każdą z nich wykorzystać. Ten cienki i długi jest bardzo mocny, można z niego zbudować most. Pokazuje czarną i czerwoną odmianę kukurydzy.  Zrywa długi zielony liść, przykłada do ust i zaczyna na nim grać. Spogląda na śmieci porozrzucane przy drodze, na chwilę robi jej się smutno i mówi, że gdy była mała, to tu nigdy nie leżały żadne papiery ani butelki. Nie było sklepów, więc nie było też śmieci. Gdy dzieci miały ochotę na coś słodkiego, to szły to lasu poszukać truskawek i malin.

DSC07448

DSC07450

DSC07385

DSC07403

DSC07453

– Có, a jak poznałaś swojego męża?

– Mój mąż mnie porwał.

– Jak to Cię porwał???

– U nas jest taka tradycja, że chłopak porywa dziewczynę na trzy dni do swojego domu. W tym czasie dziewczyna śpi z jego siostrami, przygląda mu się i rozmawia z jego rodziną, a potem może zdecydować, czy chce z nim zostać. Jeśli się nie zgadza, to siadają koło siebie, wypijają razem herbatę i zostają przyjaciółmi.

– A Ty po trzech dniach się zgodziłaś zostać? Znałaś go wcześniej zanim zostałaś jego żoną?

– No wiedziałam kim jest, znałam jego rodzinę. Podjęłam dobrą decyzję, dziś jest dobrym mężem i ojcem.

– Wiesz, że ja z moim mężem chodziliśmy ze sobą 8 lat zanim wzięliśmy ślub i 3 lata przed ślubem ze sobą mieszkaliśmy?

– Wiem, że dziś pary tak długo czekają ze ślubem, ale tego nigdy nie można być pewnym, czy małżeństwo będzie udane, nawet po ośmiu latach. U nas ta tradycja porywania dziewczyn nie jest już tak często praktykowana. Dziś pary poznają się na rynku w sobotę. Kiedyś można było wziąć ślub tylko z kimś z tej samej grupy etnicznej, a dziś to już nie ma takiego znaczenia. Moja kuzynka poznała tu Koreańczyka, który przyjechał na wakacje. Jej rodzice na początku się nie zgadzali na ślub, bo była za młoda. Chłopak czekał dwa lata, przyjeżdżał często do Sapy, żeby pokazać rodzicom, że mu na niej zależy. Po dwóch latach rodzice się zgodzili. Kuzynka zorganizowała pożegnalne przyjęcie, ugotowali koreańskie jedzenie dla ludzi z okolicy, zabili świnię i zjedli ją na uroczystej kolacji. Dziś mieszka z mężem w Korei, ma trójkę dzieci, zajmuje się domem. Wiesz, że niedawno nawet zrobiła prawo jazdy?

– A Ty Có, chciałabyś stąd wyjechać? Do dużego miasta? Zostawić pracę na polu, zwierzęta? Przenieść się na południe, gdzie jest cieplej?

– O nie, ja czuję się tu szczęśliwa. Co ja bym tam robiła? Kocham swoją pracę i to miejsce. Jestem dumna z tego, że jestem Black Hmong. Chcę przekazać swoim dzieciom nasze tradycje i zwyczaje. Marzę o tym, by w moim domu mogli zatrzymywać się turyści i bym mogła im pokazać jak żyjemy i mieszkamy. Niestety, wiele z naszych tradycji już zostało zapomnianych, albo wypartych przez nowoczesne technologie. Kiedyś gdy mąż chciał zawołać swoją żonę do domu, a ona w tym czasie pracowała na polu, to wyciągał flet i grał na nim znajomą melodię. Dziś już tak nie robimy, mamy telefony komórkowe.

Dwadzieścia kilometrów od domu Có jest wieś, w której kobiety mają zupełnie inne stroje. Noszą czerwone nakrycie głowy i czerwono-czarne sukienki. Có tłumaczy, że w okolicy znajduje się siedem grup etnicznych, te kobiety należą do Dao. Gdy wychodzą za mąż golą sobie brwi i część włosów na skalpie, tak by czoło wydawało się wyższe. Ludzie stąd mówią też innym językiem niż Có, mają inne zwyczaje. Dziewczyna porozumiewa się z nimi po wietnamsku. Niedaleko siedzi grupa mężczyzn, trzymają przed sobą wiadro oraz bambusową rurę. Có tłumaczy, że zaciągają się mocnym tytoniem. W lesie można znaleźć konopie indyjskie, ale tu nikt tego nie pali. Czasami dodają to zioło do ciasta. W wiosce znajduje się mała szkoła, w ławkach siedzą usmarkane maluchy. Piszą dzielnie coś w swoich zeszytach, potem je zamykają i zaczynają się tłuc nimi po głowach. Jedna z dziewczynek ma czarne kółko na czole. Có wyjaśnia, że ta mała była chora, prawdopodobnie miała gorączkę albo ból głowy. Rodzice udali się z nią do szamana, ten wziął bawoli róg, włożył do niego specjalne zioła, zagrzał go w ogniu, a potem przyłożył dziewczynce do czoła. Có mówi, że gdyby dziecko było zdrowe, to bawoli róg nie pozostawiłby żadnego śladu. Do Szamana zazwyczaj chodzi się wtedy, gdy normalny lekarz nie potrafi wyleczyć. Trzeba uważać, by szamana nie zdenerwować. Szaman może być kobietą albo mężczyzną, może mieć rodzinę albo mieszkać samotnie. Nikt z własnej woli nie chce zostawać szamanem i odwiedzając go, ludzie obawiają się, że mogą zostać wybrani na jego ucznia. Szaman wskazuje tych, którzy jego zdaniem mają odpowiednie predyspozycje do bycia uzdrowicielem. Gdy tak się stanie, to trzeba poddać się wszystkim strasznym praktykom, które szaman wykonuje na swoim nowym uczniu. Daje mu pić różne halucynogenne zioła, zadaje ból, wprowadza w stan konwulsji, który może utrzymywać się nawet do kilku godzin.

DSC07424

DSC07410

DSC07415

DSC07432

Wchodzimy do jednego z domów, w środku pachnie już ugotowanym obiadem. W metalowej misie żarzą się węgielki. Na ścianach wiszą utkane szale i chusty. Có bierze kawałek materiału i tłumaczy jak wykonać taki wzór.  W dużych beczkach moczą się w granatowym płynie materiały. Obok stoi maszyna do tkania. Na podłodze leży drewniana duża bela, a na niej kawałek świeżo zafarbowanego materiału na kolor indygo. Dziewczyna bierze podłużny kawałek drewna, stawia na materiale, zdejmuje buty, staje na dwóch końcach i zaczyna się bujać energicznie. Po chwili schodzi z beli, podnosi kawałek materiału, który teraz błyszczy się pięknie.

DSC07485

DSC07482

DSC07498

DSC07500

– Có, a Ty jesteś Black Hmong czy Wietnamką?

– Urodziłam się jako Black Hmong, mówię językiem Black Hmong, należę do Black Hmong, ale mieszkam w państwie Wietnam.

– Kochasz swój kraj?

– Kocham miejsce, w którym mieszkam, ale w moim kraju niestety nie żyje się łatwo. W Wietnamie szkoła jest za darmo tylko do piętnastego roku życia, potem trzeba za nią płacić. Bardzo mało jest ludzi, których na to stać. Jeśli nawet zdobędziesz tu wykształcenie, to za pierwszą pracę trzeba zapłacić od 70 do 100 milionów Dongów (3060-4370 EUR). Biedni ludzie pozostają biednymi.

– A dlaczego tutaj tylko kobiety zarabiają oprowadzając turystów po okolicy?

– To dlatego, że mężczyźni tu są bardzo nieśmiali i bardzo wolno uczą się angielskiego.

– Proszę naucz mnie jak powiedzieć “dzień dobry” w twoim języku.

– U nas nie mówi się “dzień dobry”. Gdy chcesz pozdrowić napotkaną osobę, to pytasz ją “dokąd idziesz?” albo “co robisz?”, a potem ucinacie sobie krótką rozmowę.

– Có, a powiedz mi jeszcze, często jadacie tutaj psy?

– No ja za bardzo nie przepadam za psami, ale mój mąż gotuje je czasami. Od czasu do czasu przygotowuje też węże.

– A jakie psy są najsmaczniejsze? W jakim muszą być wieku?

– Najlepsze są takie od 8 do 10 miesiąca.

– No coś ty, zjadacie szczeniaki?!

– No wiesz, jak pies ma dobry charakter to go nie zjadamy. Zabijamy tylko te, które się źle zachowują.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on April 11, 2015 by in Wietnam and tagged , , , , , .

Gdzie aktualnie jesteśmy?