GO OUT 'N PLAY

two drifters off to see the world

HUE

Z pewną ulgą opuszczamy Sapę. Przez te kilka dni porządnie wymarzliśmy. Wypiliśmy już dostateczną ilość grzanego wina, próby ocieplenia się przy kominku nie wiele pomagają, więc czas przenieść się w bardziej słoneczne rejony – jedziemy do Hue, dawnej stolicy. Kupujemy bilety na pociąg, pani kasjerka poprosiła nas o paszporty, żeby skrupulatnie wypisać wszystkie dane na bilecie. Trwa to ładnych kilka minut, gdy w końcu je dostajemy, okazuje się, że ja na swoim mam wpisane “moniika”, a Grześ “gdansk”. Podróż pociągiem wiedzie przez Hanoi, tam robimy krótki postój, żeby odebrać Grzesia wietnamskie prawo jazdy. Mission accomplished. Przedziały w pociągu są wygodne, każdy ma swoją kuszetkę, jest prąd, więc można obejrzeć film, wyciągnąć nogi i zdrzemnąć się. Gnamy przez małe wioski i pola ryżowe, w wielu miejscach nie ma nawet szlabanów, pociąg zapowiada swoje nadejście gwizdaniem. Najciekawsza część podróży zaczyna się wieczorem, wtedy gdy na imprezę zaczynają wychodzić karaluszki. Chodzą po podłodze, po ścianach, po łóżku. Zaglądają nam do butów, do siatki z jedzeniem, do bagaży. Bez mrugnięcia okiem zabijamy je już na zmianę jeden po drugim jakby to były muchy. Pięć minut przed wjazdem pociągu na peron z głośników słychać wzniosłą, socjalistyczną melodię. Każdy wstaje na baczność i po chwili zaczyna pakować swoje tobołki.

DSC07699

DSC07714

Zauważyliśmy, że mamy pewien problem z kuchnią wietnamską. Słyszeliśmy o niej wiele dobrego, ale niespecjalnie możemy to potwierdzić. Oprócz zupy pho i sajgonek nic innego nam nie smakuje. Gdy zamawiamy mięso z warzywami, to dostajemy pokrojoną, podsmażoną kapustę z kilkoma kawałkami kurczaka. Po zamówieniu kaczki na stole ląduje danie składające się z ryżu i kilku tłustych chrząstek. Bieda na talerzu.

W Hue ruch jest zdecydowanie mniejszy niż w stolicy, ale tu też trzeba uważać, w szczególności podczas jazdy na rowerze. Skutery wyjeżdżają z każdej strony wymuszając pierwszeństwo. Robimy sobie przejażdżkę po mieście zwiedzając Cesarską Cytadelę i okoliczne grobowce dawnych władców. Hue było stolicą Wietnamu do roku 1945, z powodu swojej lokalizacji (znajdowało się tuż przy strefie zdemilitaryzowanej)  w czasie wojny wietnamskiej wiele razy zostało zniszczone przez obie strony. Komuniści zamordowali tu kilka tysięcy osób – przede wszystkim urzędników, policjantów, nauczycieli i intelektualistów uznanych za wrogów jedynego słusznego systemu. Spacerując przez odrestaurowaną cytadelę wyobrażamy sobie, że tymi samymi ścieżkami przechadzali się władcy, służba i eunuchy. Grześ próbuje mnie nawet przekonać, że liczne żony władców grały w tenisa na znajdującym się obok nowo wybudowanym korcie.

DSC07746

DSC07760

DSC07775

DSC07786

DSC07811

DSC07823

DSC07843

Przez Hue płynie rzeka Perfumowa, ładujemy nasze rowery na łódkę, by dostać się do grobowców cesarskich – położone niedaleko od brzegu rzeki. Przekraczamy pierwszą bramę grobowca Minh Manga i nie możemy uwierzyć, że zbudowano to wszystko tylko po to, by pogrzebać jednego człowieka. Pochówek na bogato – pawilony herbaciane, letni pałac, liczne kamienne bramy ,rzeźby słoni, koni i żołnierzy, wszystko otoczone wielkim parkiem. Grobowce były budowane jeszcze za życia władcy, wietnamscy monarchowie wierzyli, że są wysłannikami niebios, ich pobyt na ziemi jest chwilowy i żeby zapewnić sobie wieczysty dostatek nie żałowano środków z państwowej kasy na ich miejsce pochówku.

PicMonkey Collage1

(Ha-ha-ha, so funny)

DSC07826

DSC07891

DSC07879

DSC07915

DSC07947

DSC07972

Mijamy restaurację, w której właśnie trwa wesele. Podchodzi do nas pijany wujek i próbuje z nami porozmawiać. Łamaną angielszczyzną pyta nas, czy podoba nam się Wietnam, a potem bełkocze coś bez sensu, nic nie rozumiemy, więc po chwili żegnamy się z nim i odjeżdżamy. Mamy wrażenie, że wiele par przyjeżdża do Hue po to, by wziąć ślub. To takie wietnamskie Las Vegas, co chwilę mijamy tu butiki z sukniami ślubnymi, salony fryzjerskie, gdzie na wystawie prezentują się zdjęcia z szykownymi fryzurami, liczne restauracje przystrojone w falbanki, serduszka, koronki i baloniki.

DSC07819

Grzesia broda wzbudza coraz więcej emocji. Niektóre dzieci na jego widok uciekają z krzykiem, inne robią mu fotki telefonem. Niektórzy pytają wprost, czy mogą sobie zrobić z nami zdjęcie, a inni mają metodę na nieśmiałka – podchodzą blisko i udają, że fotografują się akurat tak niby przypadkiem stając obok.

DSC07863

DSC07986

W hotelach, w których się zatrzymywaliśmy, bardzo często odbywają się kontrole policji lub wojska. Jak na kraj komunistyczny przystało wszystko musi być pod nadzorem. Para mundurowych wita się z recepcjonistą, każdy z nich trzyma czarną teczkę, recepcjonista woła właściciela, siadają w trójkę i zaczyna się przepytywanie. Jeden z nich notuje wszystko dokładnie. Choć nie rozumiem, o czym mówią, można wyczuć atmosferę napięcia i podenerwowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

Gdzie aktualnie jesteśmy?